Moja poezja nie ma programu. Po prostu jest. Niczego nie wyjaśnia, ani nie zamierza być mądrzejsza od nikogo. Jest sobą, z odwagą niefrasobliwości w głosie, bo czyż wszystko musi czemuś służyć, czy wszystko musi znaczyć?
     To takie miejsce, gdzie nie kończy się myśl, i do którego wracam z nadzieją, że spotka mnie cisza. Tutaj mieszkam i tu zapraszam.



***

nie po drodze mym listom do nieba
wieczorami rankami cichymi
zapał moich wyznań mi przebacz
moim słowom pomiędzy innymi

niosę miłość do Ciebie na szyi
sercem potem ją oceń i przebacz
moim słowom pomiędzy innymi
listy rzadko pisze się do nieba

z jaskrawego rąbka nadziei
z zapomnienia jak z mgły
albo z cierpień
piszę listy do nieba
narzekam
ale zawsze możesz go nie spełnić



***

nie wiem czy warto
nie wiem czy trzeba
zachodzić słońce na skraju nieba
a potem jasno
ustalać w sobie
czy warto słońcem być
czy nie – słońcem

a gdyby wiatrem rozchylić niebo
i wziąć do ręki anioła z niego
to czy to warto czy może potrzeba
uchwycić wiatrem
kawałek nieba?



***

radość przychodzi
przybiega
przy tym co na
tęczowym
zapachu bzu
zsyła co rano
pęki białych wiśni
zatańczonego
tańcem mchu

a w nocy sinej
znad kołyski spraw
toczy się walka
o życie
jakby z radości
zapachem bzu
były czerwone
blade wiśnie



***

motylem niosę motyli podmuch
w motylim życiu
motyla ślad
a na powierzchni
wody o dłoni
motyle siadają
motyle z nas



***

motylom śpiewam
o wietrze z drogi
na skraju marzeń
gdzie słońce śpi
wtedy przychodzą
właśnie o tej porze
gdy motylami
odpycham sny



***

z popielatych świateł ciszy
i z kamieni szarych chwil
wiatr układa pajęczynę
gra o przeszłość miłość tli

nawet palce ogień parzy
z lotu myśli z wiatru mgły
po co falom tyle blasku
długość cienia
ciepło ćmy

na przestworzach gwiazd zapalam
z zapomnienia światło dnia
dwa motyle pamięć proszą
kładąc dłoni cichy blask



***

niebem palce otaczam jałowe
w błękitnego koloru zachwycie
i już nie mam rąk swoich a Twoje
kochające mnie i moje życie

zapaliłam lampę oliwną
światłem nagich cichych pacierzy
tylko dwa zostały mi życia
jedno tam a drugie na ziemi

a Ty patrzysz na drogę powikłań
na te stopy co biegły i były
i na pewno dobrze mi życzysz
palcom moim i stopom co wierzą



***

z zapomnienia z ciszy marzeń
rosną skrzydła moich myśli
na różowej pajęczynie
mgłą spowite
słońce błyśnie

zapach jabłek zapach rosy
z zapachami trawy łączy
i zapala sen motyla
głos natchnienia
chwilą sączy

a nazajutrz
a na niwie
letni wiatr
tańczący
opowiada o przyczynie
tańca kwiatów
w deszczu polnym



***

Zatańczę dzisiaj
swój dom.
W radosnym uśmiechu
wydzwonię mu ściany,
podłogę wywiercę stopami,
ciszę nakreślę myślami.
W takt melodii
cichej,
ciepłej
wytańczę dobro tego domu
zakołyszą się
okna,
ściany,
zatoczą pajęczyny z muchami,
zatańczę swój dom nerwami
ustawię śmiechem ściany.
Dajcie,
dajcie
siły jeszcze,
na podwórzu nie ma światła.
Chodźmy,
chodźmy,
nie wracajmy
zatańczony dom mój śpiewa,
wytańczony smutek mój,
zakrzyczane ciepło
z wami,
z wami
pójdzie stąd
na codzienny śmiech.
A dziś jestem tutaj sama,
zatańczona
zaśpiewana.
Wrócę do mojego domu,
zawirują domy moje,
zatańczę życie moje
zatańczę nie sama.



Moi rodzice

Moi rodzice -
drzewa pięciopalczaste,
wyrosłe z serca;
ptaki wszechobecne,
zmęczone lotem;
morza falami
czasu trwożone;
zastępcy Boga
ze skrzydłami
drzew, ptaków i morza.

Moi rodzice
w pęki kwiatów
wiążą moje myśli,
a usta poją mgłą
niedojrzałego poranka.

Moi rodzice
z oczami pełnymi
przelotnej rosy,
odliczają
jak
paciorki różańca,
dni miesiąca:
do pierwszego
promienia słońca.



Wieczorem

Gdy
wieczór odlicza
krople deszczu,
a niepotrzebnymi
rzuca z łoskotem
o szyby.
Gdy
krzyk wracających
ptaków,
jak płacz aniołów
ucisza.
I gdy zamyka otwarte oczy
rozmową wiatru
z pełnią księżyca
- dwie połowy
mojej twarzy,
jak ptaki szalone
dobywają siły,
by
otworzyć oczy.



***

morze nie mówi
morze szumi
o wspaniałości uczuć
ludzi do ludzi
jakby z ziaren piasku
list ułożyć miało
to o nadmiarze uczuć
to o tym ze ich zbyt mało

morze nie mówi
morze szumi
o takiej porze
może nie jedynej
gdy jak na dłoni widzi
co grozi fali za to
że nie przeminie

morze nie szumi
morze milczy
samo
zdziwione biegiem fal
których tyle miało
a teraz w ciszy
po jednej odlicza
i ciągle dwie
ciągle te same
na palce naniza

morze nie milczy
morze słucha tylko
czy życie w śmiech je zamieni
czy w wulkan?



***

Mojemu Ojcu



drzewo drzewom

śpiewa swoim

o drzewach i o miłości

a pod drzewem

drzewo wzdycha

że przemija że usycha

że na dłoniach

na gałęziach ptak

nie siądzie nie zaśpiewa

że już tyle liści nie ma

świat się zmienia.

drzewo drzewom

śpiewa swoim

o miłości o przeszłości

a pod drzewem

drzewo wzdycha

że przemija że usycha



***

motylom śpiewam
o wietrze z drogi
na skraju marzeń
gdzie słońce śpi
wtedy przychodzą
właśnie o tej porze
gdy
motylami
odpycham sny



***

wątłe słońce
zapatrzone
w cichość górskich dal
ułożone równo wolne
rozświetliło drogę w snach
zatoczyło linię wąską
linie słońca – linię spraw
i spokojnie patrzy teraz
w cichą własną dal



Wiadomość z ostatniej chwili

dobrze, a może lepiej
nie mówić...
zawsze lepiej
niż kiedyś
gdy…
zakończyły się ostatnie
próby
gdy już nie ma się
na deszcz…
zawsze będzie lepiej
niż jutro…
w ciszy wczoraj
jak kiedyś
gdy…
zamiast ciszy były słowa o ciszy
zamiast mgły
był po prostu
deszcz…



***

za późno
już noc
zachód uśpił
pod słońca ręką

za późno
nie grają hymny
już nie ma
słów wolnych
są słowa lęku

za późno
tylko zegary
biją na nowo
północ
miodową
a słowo?



***

ja nie przegrałam

to tylko kobiety były
ode mnie piękniejsze
i bardziej potrzebne

lotnisko pamiętam było zimne
beton odbijał mi kroki
szybowałam w chmurach jakby bezmyślnie

chmury córeczko nie mają koloru

ja nie zdradziłam

to tylko siebie zabrano ze mnie
wypchnięto
korytarze pamiętam były smutne i blade
posadzka ziębiła mi stopy

mury córeczko nie mają koloru

ja nie myślałam

o cieple o słońcu o wietrze
o śniegu o szczęściu o tobie

ja zdążę córeczko

ugotować ci kisiel na mleku



Portret Boga

Ze skrzydeł wszystkich ptaków
   - skrzydła aniołowe
Z oczu wszystkich istot
   - oczy wszechwidzące
Z rąk prawych
   - prawica ogromna

Przez sen
Przesypuje piasek
Pustynny
Na zmianę z morskim
W milionowych palcach
Swojej boskiej dłoni…

Przez sen oko Boga
Otwieram powieką
Swojego oka

Rozciągasz się, Boże,
Od różowych pnączy
Po zapach pomarańcz
(Drzewo z pomarańczą
Zasadziłam rano na Twojej powiece)



***

zaraz po sławie
jest miejsce na miłość
poukładaną z rąk serca i wiary
jakby po stracie tego
czego nie było
wyrosnąć miały kwiaty
na dnie marzeń

zaraz po zmierzchu
jest miejsce na żywioł
od rana skrzętnie przewidywany
jakby wciąż rano miało się na życie
a wieczór przeszkadzałby
nieprzejednany

a potem w ciszy
jak na piasku mewa
układam z ruchów warg
słowa nieba
i z ciszy
ułożonej w trójkąt
układam życie
na biurku

Powrót